emigracja i podróże

Dlaczego mało piszę o emigracji

Półtora roku temu wyjechałam za granicę. Ze zdefiniowaniem nowego kraju mam pewien problem, bo co prawda można mi wysłać list na francuski adres, ale miejscowość Prevessin-Moens nikomu nic nie mówi; natomiast znajdująca się dosłownie za miedzą szwajcarska Genewa już się w miarę kojarzy.

Myślałam, że założę bloga i będę dużo pisać o życiu na emigracji. Nie do końca wyszło. Chyba nie prowadzę życia typowego emigranta. Zauważyłam, że w Genewie wszyscy używają raczej określenia ekspaci, a ekspata teoretycznie oznacza (wybitnego) specjalistę, który (czasowo) emigruje, bo chce, w przeciwieństwie to emigranta, stereotypowo wyjeżdżającego za chlebem. W praktyce to znaczenie się bardzo rozszerzyło i tu każdy jest ekspatą, nawet jeśli wyjechał, bo w kraju kryzys, bądź jako maż przy żonie. Taki wyższy level słoika, którym sama byłam, żeby nie było.

A jak to ma się do mnie? Wyjechałam za drugą połówką, nie rzuciłam pracy, tylko przeszłam na tryb zdalny; mam abonament Polityki i Wyborczej, więc wiem co się w Polsce dzieje; jestem w stałym kontakcie z rodziną i znajomymi; polskie nowości książkowe mogę kupić na kindla w dniu premiery; samochód jest, samoloty latają, granic nie ma (jeszcze). Jak to się ma do takiej starej emigracji, kiedy nie było internetu i wiązała się ona z totalną zmianą w życiu? Nijak, człowiek jest bardziej w wiecznym rozkroku niż na stałe w nowym miejscu. A przynajmniej ja tak mam.

W takim kraju jak Szwajcaria łatwo też wpaść w “ekspacką” bańkę. Szwajcarzy są dość zamkniętym społeczeństwem, mają swoich znajomych, swoje kręgi i nie czują większej potrzeby, żeby z nich wychodzić. Nie ma to nic wspólnego z niechęcią, czy nietolerancją, uważam, że mają prawo żyć po swojemu i tak jest ok. Ale potem na spotkania, nawet branżowe, przychodzą praktycznie sami obcokrajowcy. I można mieszkać dłuższą chwilę w Genewie, mieć życie towarzyskie i nie znać wcale albo prawie wcale Szwajcarów. Dziwne, ale możliwe. A jak się nie zna tubylców i nie żyje w pełni życiem danego kraju to głupio się wymądrzać na jego temat. Dlatego mało piszę o emigracji.

  • „Wyższy level słoika” <3 jeszcze nie usłyszałam lepszego określenia na emigrację! Pozdrawiam z Zurychu!

    • Cieszę się, że się podoba 😀 W Zurychu czujesz się podobnie, czy udaje Ci się uniknąć „ekspackiej bańki”? 🙂

      • W zasadzie jeszcze wcale się nie czuję, bo jakoś nie mogę się tam zaaklimatyzować, i cały czas mam wrażenie, że to tylko tymczasowe, ale cel na 2017 to przyzwyczajenie się do tego dziwacznego miasta 🙂 Ekspackiej bańki w Zurychu uniknąć się nie da, czasem się zastanawiam, czy tam w ogóle mieszkają Szwajcarzy, tak rzadko się ich spotyka. Jakoś ciężko przyzwyczaić się do tak zamkniętego społeczeństwa…

        • Rozumiem, ja się zaczynam powoli zadomawiać po 2 latach 😉 Da się, ale faktycznie trzeba czasu.

  • Pingback: PROJEKT WIOSENNY - PIERWSZY DZIEŃ W NOWYM KRAJU - Klub Polki na Obczyźnie()