emigracja i podróże

Moje emigracyjne zdziwienia: francuska biurokracja

Muszę przyznać, że mój wyjazd za granicę nie był poprzedzony żmudnymi przygotowaniami. Spakowałam się i pojechałam. Przyszedł jednak moment, w którym trzeba było się ustatkować i przeżyć zderzenie z francuską administracją.

 

Ach, francuska administracja, francuska biurokracja…

Choćbym nie wiem jak to wszystko opisała, to i tak nie przebiję tego filmiku:

Nie ma w nim ani odrobiny przesady!

 

Miałam ochotę napisać serię wpisów o francuskich absurdach. Ale jakoś te absurdy mi nie brzmią, bo mimo wszystko lubię ten kraj. Niech więc będą zdziwienia. Czasem pozytywne, czasem negatywne. Wiem, że część z Was pewnie myśli, że mieszkam w Szwajcarii. A to jest tak, że Szwajcarię mam za miedzą, a genewskie bloki widzę z okna. Prawie tak:

Genewa - krowy w mieście
Źródło: mój Instagram

Między Francją a Szwajcarią

W rzeczywistości nie mam ze Szwajcarią wiele wspólnego oprócz tego, że regularnie tam bywam. Ale wszystkie sprawy związane z administracją, zatrudnieniem, podatkami itd. załatwiam po francuskiej stronie granicy. Nie jestem więc nawet typowym frontalierem, który mieszka w jednym kraju, a pracuje w innym.

Co bywa problematyczne… Co z tego, że mieszkam na obrzeżach dużego miasta. Z perspektywy Francji znajduję się na totalnej prowincji, która jest rozwinięta i dość gęsto zaludniona wyłącznie z powodu bliskości Genewy. W Polsce nie mieszkałam w mieście mniejszym niż wojewódzkie, więc przyzwyczaiłam się, że wszystko załatwiam na miejscu. Tymczasem… Tu nie pójdę do urzędu i niczego nie załatwię osobiście, bo najbliższy jest spory kawałek stąd. Na szczęście wszystko można załatwić przez internet, a pomoc uzyskać przez telefon. Czyli w takim razie może nie jest wcale aż tak źle? Źle nie jest, ale bywa dziwnie.

 

Jak we francuskim banku (nie mylić ze szwajcarskim)

Najdziwniejsze są banki. Funkcjonują tak dziwnie, że aż napiszę o tym osobny artykuł. W skrócie: W Polsce, żeby założyć konto w banku idzie się do oddziału z dowodem. We Francji trzeba umówić się na rendez-vous (nie mylić z randką), odczekać tydzień albo dwa (od razu nic się nie da), przyjść z całą teczką papierów i liczyć na to, że będą w porządku. Nie, nie udało mi się za pierwszym razem. Za drugim też nie. A potem i tak nic nie działa i nie ma się dostępu do pieniędzy. Na przykład dlatego, że trzeba iść do placówki, żeby zatwierdzić odbiorcę przelewu zagranicznego, nie da się go zrobić ot tak. O tym, jak wyglądają systemy bankowości internetowej i o popularności czeków z litości zamilknę. Zetknęłam się z powiedzieniem „jak w ruskim banku”, które opisuje podobną sytuację, ale mam dziwne wrażenie, że w Rosji się pod tym względem poprawiło, więc używam określenia „we francuskim banku”, bo wiem, że jest adekwatne. Zdecydowanie jeszcze wrócę do tego tematu.

 

Nie masz RIB-u to nie istniejesz.

Co to jest RIB? To nic innego jak papier z numerem konta, nazwiskiem i adresem właściciela. Bez tego nie da się zapisać na siłownię, wziąć telefonu na abonament, wynająć mieszkania, zapłacić podatku, dostać zwrotu kosztów leczenia i pewnie zrobić wielu innych rzeczy. Dlaczego tak? We Francji bardzo popularnym sposobem płatności za wszelkie regularnie płacone rzeczy jest coś w rodzaju polecenia zapłaty. Nie można np. co miesiąc opłacać abonamentu za telefon samodzielnie z konta albo na poczcie, tylko operator będzie sobie tę kwotę co miesiąc pobierał sam. My nie musimy robić już nic, dajemy im tylko RIB, co bywa całkiem wygodne i nie ma co narzekać. Oczywiście musi być to RIB francuski, zagraniczne nie są akceptowane. I teraz, żeby wynająć mieszkanie trzeba mieć RIB, a żeby założyć konto w banku trzeba mieć stały adres… To błędne koło jest przyczyną pierwszej siwizny większości świeżych imigrantów.

 

Nie masz grubej teczki innych papierów to też nie istniejesz

Otworzenie wspomnianego konta w banku, wynajęcie mieszkania, dołączenie do systemu państwowej opieki medycznej, podpisanie abonamentu na telefon, umowy o pracę i na pewno wiele innych rzeczy wymaga każdego możliwego dokumentu. Francuzi ewidentnie lubią mieć wszystko na papierze i bynajmniej nie jest to sposób na dręczenie obcokrajowców, te zasady dotyczą każdego. Tubylcom łatwiej tylko uniknąć błędnego koła, o którym wspomniałam wyżej, bo zazwyczaj mają jakiś stały adres.

 

Ubezpieczenie, czyli prawie jak we francuskim banku

Mam, ale długo nie mogłam z niego normalnie korzystać. Założyłam konto w systemie, login i hasło przyszły pocztą (sic!), zalogowałam się, wszystko wyglądało dobrze. Po czym wprowadziłam RIB i na tym koniec… Nie mogę się zalogować, system twierdzi, że moje konto nie istnieje. Ostatecznie okazało się, że zmienił mi się numer, odpowiednik naszego PESEL-u. Miałam tymczasowy, a teraz dostałam stały. Dobrze wiedzieć! Z nowym numerem loguję się bez problemu, ale wyjaśnienie tej sytuacji trochę trwało.

A po co ten system? Za wizyty i leczenie się płaci, a potem dostaje się zwrot. Za leki na receptę też. Nie 100% (tak mają tylko kobiety w ciąży, dzieci i osoby hospitalizowane), ale mniej, zazwyczaj 80%. Można wykupić sobie dodatkowe ubezpieczenie, czyli mutuelle, które pokryje resztę. Od niedawna jest ono obowiązkowe przy umowie o pracę, zatrudnieni w inny sposób mogą je mieć jeśli chcą. Uważam, że współpłatność to bardzo dobry system, który przydałby się w Polsce. To nie są duże kwoty, ale w swojej masie zasiliłyby mizerny budżet służby zdrowia, kolejki też by pewnie nieco zmalały. Ale jaki rząd ośmieli się to wprowadzić…

 

Zdaję sobie sprawę, że są to problemy pierwszego świata, ale z drugiej strony nigdy bym się z nimi nie zetknęła gdybym nie wyjechała. A jaka satysfakcja po zadzwonieniu na infolinię i załatwieniu sprawy pomimo kulawej francuszczyzny!  Bezcenna. Biurokrację nieco osładza też fakt, że urzędnicy są zazwyczaj mili i pomocni. Słyszałam różne historie, ale sama mam do tej pory prawie same pozytywne doświadczenia, bo jeśli coś szło nie tak to z winy absurdanych procedur, a nie niechętnych ludzi.

 

Tematu różnych francuskich dziwactw bynajmniej tu nie wyczerpałam, będą następne wpisy. Szczególnie, że są i zdziwienia pozytywne: Zakładanie działalności gospodarczej to przyjemność, wypełnianie deklaracji podatkowej to żaden problem, a zawieranie związku partnerskiego to bajka, o której w Polsce można tylko pomarzyć (dobrze, że chociaż banki mamy lepsze). O tym też napiszę (o związkach już pisałam: klik). A może jest coś, o czym słyszeliście i chcielibyście przeczytać? Albo macie podobne (lub zupełnie inne) doświadczenia? Komentarze czekają!

 

  • Zanotowałam określenie „jak we francuskim banku” 😁 wprawdzie osobiście nie miałam z nimi do czynienia ale może się przydać w polskich urzędach 😉

  • Paulina Skolasiński

    Monika, w niemieckim banku czy urzędzie jest tak samo- umawiasz sie na termin, masz rozmowę z doradcą, dopiero potem zakładasz konto, po czym znowu doradca chce się z tobą umówić by wcisnąć ci kredyt, lokatę czy coś innego. Do urzędu jak idziesz – też musisz mieć termin- oprócz meldowania i rejestrowania auta- to jest bez kolejki.

    • Dzięki za komentarz, dobrze wiedzieć 🙂 Wiadomo, każdy kraj ma swoją specyfikę załatwiania różnych rzeczy. To, że trzeba umówić się na na konkretny termin nie jest wcale głupie, gorzej jeśli potrzebujesz załatwić coś pilnie.

  • Ojej, muszę przyznać, że po przeczytaniu tego wpisu trochę doceniłam Danię 😀 I cieszę się, że nie wylądowałam w jakimś bardziej skomplikowanym kraju. Wszelkie urzędowe sprawy niezmiennie mnie przerażają, na szczęście w Danii jest to wszystko w miarę do ogarnięcia, a o wielu rzeczach nie trzeba w ogóle myśleć. Do logowania się absolutnie wszędzie używa się specjalnych numerów, które przychodzą również pocztą 😉 Poza jednym jedynym razem, kiedy z jakiegoś powodu nie mogłam się zalogować do systemu i musiałam poprosić o przesłanie nowych numerów, wszystko działa jak marzenie 🙂