emigracja i podróże

Mój pierwszy dzień na emigracji

Ostatnio mam większą ochotę na pisanie o sprawach związanych z życiem na obczyźnie, dlatego tak niewiele tu nowych postów. Mimo wszystko wolę jednak pisać nie do końca na temat niż nic 🙂 a dodatkowo zmobilizował mnie nieoceniony Klub Polki na Obczyźnie, więc tym razem w ramach klubowego projektu będzie o początkach mojego emigracyjnego życia, a konkretnie o jego pierwszym dniu. I nieco o tym, co dalej.

Mój pierwszy dzień na emigracji

Klamka zapadła, słowo się rzekło, walizki spakowane, kot ma wyrobiony paszport, jedziemy. Paradoksalnie nie czułam, żeby to była jakaś wielka rewolucja. Trochę pisałam już na ten temat w pierwszym wpisie na tym blogu: Dlaczego mało piszę o emigracji. Bardzo duża część mojego zawodowego i prywatnego życia dzieje się w internecie, szoku kulturowego się nie spodziewałam (i go nie było), w końcu to nie drugi koniec świata.

Pierwszy dzień na emigracji upłynął mi… w drodze. 1500 kilometrów niestety nie pokona się w godzinę, tylko w co najmniej 15. Nie wyobrażam sobie przeprowadzać się samolotem. Wzięłam niewiele, auto nie jest małe, a i tak musiałam jechać z kotem na kolanach, bo ledwo udało mi się zabrać niezbędne minimum. Teraz wiem, że nie musiałam brać tych wszystkich książek, a wożenie kociołka do fondue z Polski do Szwajcarii jest raczej oryginalne, ale cóż… Przecież go nie zostawię.

Najprostsza droga z Rzeszowa/Krakowa do Genewy wiedzie przez Wrocław, Zgorzelec, Norymbergę, Karlsruhe i Bazyleę. Ale po co prosto, jeśli można ciekawiej albo inaczej. Pojechaliśmy więc przez Niemcy i Francję. Nawigacja krzyczała, żeby zjechać na Bazyleę, ale plan był inny, są inne drogi. Tylko kto wiedział, że przez całkiem wysokie góry… I bynajmniej nie w tunelach. W lutym, w środku wielkiej śnieżycy. Było wesoło, ale nie róbcie tego w domu, a już na pewno nie bez dobrych zimowych opon.

droga w górach

Dojechaliśmy bezpiecznie na miejsce, ale było już bardzo późno. Zabrałam jedno z pudeł z dobytkiem, ruszyłam w stronę drzwi do bloku i… świat się zatrzymał. A raczej to ja zatrzymałam się twarzą na zamkniętych przeszklonych drzwiach. Na szczęście pierwszej nocy na emigracji nie spędziłam w szpitalu na nastawianiu nosa, ale niewiele brakowało.

A potem wcześnie rano podniosłam głowę z łóżka, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam oświetlone na pomarańczowo Alpy.

A dalej?

Jeszcze przed wyjazdem czytałam o czterech etapach życia na emigracji: przygotowania, ekscytacji, załamania i stabilizacji. Potraktowałam to jako ciekawostkę, bo chyba każdy człowiek ma swoją historię i nie wierzyłam, że da się ją wtłoczyć w takie sztywne etapy. Da się. Przeszłam je książkowo. Teraz jestem w fazie stabilizacji i mam nadzieję, że tak zostanie, chyba że wrócę do Polski.

  • Zazdroszczę widoku tych Alp skąpanych w pomarańczowej poświacie, musiały wyglądać zjawiskowo 🙂
    czasami żałuję, że my ludzie, nie potrafimy strzelać fotek oczami 😀
    Pozdrawiam

    • O tak, przydałaby się taka możliwość 😉 Jak jest pochmurno albo zła przejrzystość to ich nie widać, bo to nie aż tak blisko, ale często widać, a w schodzie/zachodzie słońca widoki są najlepsze 🙂

  • Pingback: PROJEKT WIOSENNY - PIERWSZY DZIEŃ W NOWYM KRAJU - Klub Polki na Obczyźnie()

  • Jak myślę o przeprowadzce z kotami do innego kraju -czuję się ciut przerażona. W przyszłym roku chyba mnie to czeka, brr!
    A zderzenie z drzwiami mnie ubawiło ;D

    • Nie wiem gdzie jedziesz, ale w naszym przypadku obyło się bez problemów i stresu, wystarczył paszport i aktualne szczepienia. Biedny kot musi co prawda przeżyć identyczną podróż kilka razy w roku, ale nikt nie mówił, że na emigracji jest łatwo 😉

      • Póki co najprawdopodobniej do Laosu. W obrębie Europy to prosta sprawa. Ale właśnie martwi mnie podróż Azja-Europa może kiedyś w przyszłości. Wymaga to dość dużego nakładu papierologii (część już mam – sama jestem weterynarzem,więc mi łatwiej). No i kwestia długiego lotu – raz, że koszt przelotu kota dużo większy, niż człowieka, a dwa, że nie wiem, jak one to zniosą. Zwłaszcza biedna Chilli, która ma sparaliżowane tylne łapki.

        • W takim razie to bardziej skomplikowana operacja 🙁 Trzymam kciuki, żeby się udało. Mój nigdy nie leciał samolotem, więc nie wiem jak by to zniósł, szczególnie że bardzo boi się szumów i hałasów. No ale jak trzeba to trzeba…

          • Dziękuję, póki co to na szczęście wizje na przyszość. Teraz się przeprowadzamy za to do nowego mieszkania 🙂